Konsole

Strona g��wna

 

Spis treści

  1. Obroża na naszą szyję


Obroża na naszą szyję

Obroża na naszą szyję



Szyję graczy - siłą zakładana przez wydawców, którym najwyraźniej wciąż jest mało pieniędzy. Zaczynają prowadzić brutalną politykę skrajnej maksymalizacji zysków, wspierając się przy tym niewybrednym PR. W taki sposób, powoli grzebie się dorobek ostatnich pokoleń, prowadząc do drugiego, wielkiego załamania rynku, który jako urodzony pesymista Nam zwiastuję. Ale po kolei:


Kupno gry i rozczarowanie:

O bandyckiej cenie sugerowanej większości gier, nie mam już siły wspominać. Przez ostatnie lata wszyscy przelaliśmy do sieci giga bajty łez i gorzkich, niecenzuralnych słów określających aktualny stan rzeczy. Widać jestem już wystarczająco zindoktrynowany, aby przejść nad tym do porządku dziennego... Podobnie jest z użalaniem się nad cwaniactwem niektórych sieci sklepów, które używane gry ponownie foliują i sprzedają jako nowe. W końcu przeciętny Kowalski nie zauważy braku oryginalnych stickerów, hologramów itp. drobiazgów, nie zauważy też że płyta jest cieńsza, nie zauważy również nieoryginalnego pudełka... Zostawiam więc ten temat na inną okazję.

A więc co z tym rozczarowaniem? Otóż kupuję grę, wkładam do konsoli i co się okazuje: gros z nich wymaga przekeszowania mnóstwa GB na dysk twardy. Niemal do wszystkich tytułów już w kilka dni po premierze są łatki do ściągnięcia. Nierzadko naprawiające błędy krytyczne, a więc takie które uniemożliwiają ukończenie gry, uszkadzające save'y itp. "atrakcje" (Borderlands, Castlevania: Lords of Shadow, Heavy Rain). Mało tego, wydawcy wymuszają na deweloperach wycinanie z gier gotowych elementów na rzecz płatnego DLC, które zwykle są nawet na płycie z grą (Mortal Kombat 9, Resident Evil 5). Niektórzy są na tyle bezczelni, że zapowiadają jeszcze przed premierą litanię drogich DLC, na które rzekomo jest osobny budżet (Dragon Age 2). Miałbym niewiele przeciwko gdyby te DLC, zwane dziś na wyrost dodatkami, były bardzo tanie lub nawet zupełnie darmowe. Trudno w tym miejscu nie wspomnieć o legendarnej już, zbroi dla konia w Elder Scrolls IV: Oblivion, ale problem ten zaczyna dotykać także gier indie czego przykładem jest choćby Trine i dodatkowy poziom gry przypominający Tower of Sarek za 5zł (~2min dodatkowej gry)!

Ściąganie ww. rzeczy lub raczej powinienem napisać: "kompletowanie zakupionej gry" jest nie tylko kosztowne, ale i czasochłonne (szczególnie dla nas Polaków z tzw. "mega szybkim internetem"). Wraz z oswajaniem się producentów konsol i deweloperów z siecią, straciliśmy coś niezwykle istotnego, coś co od zawsze kojarzone było z grami na konsole czyli gry niemal wolne od błędów, kompletne i które nie wymagają żadnych instalacji, na które trzeba czekać od kilku do nawet kilkunastu minut. Coś co zawsze było kojarzone z PC, zmutowane zawitało na konsole, przybierając groteskowe rozmiary.


Walka z rynkiem wtórnym:

Jakby tego było mało, coraz częściej i skuteczniej utrudniane nam jest wymienianie się, pożyczanie i kupowanie używanych gier. Na pudełku straszą dziwaczne obostrzenia co do odsprzedaży - na szczęście w Polsce jak i większości krajów stoi nad nimi prawo, w świetle którego nie mają żadnej mocy prawnej. A jak je obejść? Reklamując usługi w chmurach i szeroko pojętą e-dystrybucję jako rewolucję, ewolucję i promowanie ekologii podczas gdy tak naprawdę jest to uwiązanie na smyczy DRM użytkownika, który płaci tyle samo (czasami nawet więcej) za coś czego potem nie może oddać, pożyczyć, sprzedać i co straci wraz ze śmiercią serwerów usługodawcy, jego pomyłki lub zwyczajnie złej woli (takie przypadki miały już miejsce). Wróćmy jednak do tradycyjnej dystrybucji. Na to też już są sposoby. Wystarczy do gry dorzucać kod jednorazowego użytku na tryb online (tzw. Online Pass, który często kosztuje niewiele mniej od używanej gry) i/lub DLC (tzw. kody VIP) przypisany oczywiście do konta w danej usłudze. Obroża zapięta, biznes się kręci.

Wydawcy, głównie molochy EA i Activision, wmawiają nam że Online Passy są po to aby pomóc utrzymać serwery tych gier przez długie lata. Dlaczego zatem skrupulatnie wyłączane są serwery gier, których sequele niedawno weszły na rynek, nawet gier które były całkiem popularne? Dlaczego niektóre serwery dla gier z PS2 są wciąż aktywne? Dlatego, że to wszystko g...uzik prawda. Wszelkiego rodzaju kody to doraźny czynnik walki z rynkiem wtórnym. Nic ponadto. Przy tym szczytem bezczelności jest utrzymywanie DLC i online passów w ofercie e-sklepu do gier, w które już online nie zagramy - a nóż widelec jakiś jeleń się nabierze i kupi...

Ciekawa sytuacja jest też związana z systemem Trophy i Achievmentów. W zamierzeniu, a przynajmniej jeszcze w to wierzę, trofea służą podkreśleniu w społeczności graczy, że dany osobnik (oczywiście o ile się w to bawi, nie wszyscy bowiem chcą i widzą w tym sens ;]) nie tylko ukończył grę, ale jest całkiem niezłym graczem (nierzadko są pucharki, których zdobycie wiąże się z umiejętnościami). Jak zwykle, znaleźć można poszczególne trofea lub nawet całe zestawy skrupulatnie przygotowane przez marketingowca, które są albo bardzo łatwe (łakomy kąsek dla tzw. Trophy Whores, np. Terminator: Salvation, Trine 2) lub absurdalnie trudne/czasochłonne, które zniechęcają do odsprzedaży gry (remake Chronicles of Riddick i 10000 fragów w niegrywalnym online, Crysis 2 i achievment za potyczkę w sieci po upływie 6 miesięcy (!) od pierwszego zalogowania).

A przecież można inaczej... Po pierwsze taniej, po drugie zachęcać graczy do edycji kolekcjonerskich czego bardzo dobrym przykładem jest CD Projekt Red i edycja Wiedźmina 2 na X360.

Jak jeszcze można nam uprzykrzyć życie?

Niewykluczone, że w przyszłości producenci konsol zrezygnują z nośników optycznych na rzecz flashowych co daje kolejne pole do popisu w zabijaniu rynku wtórnego. Być może, któryś z szalonych móżdżków w za ciasnym krawacie, wpadnie na "genialny" pomysł przypisywania gry do konta i/lub konsoli, czego można by dokonać np. wydzielając na takim nośniku obszar na który takie dane byłyby zapisywane - o zgrozo np. jednorazowo... Niewykluczone też, że w przyszłości wszystkie gry z e-dystrybucji będą wymagały stałego połączenia z siecią (obecnie na konsole i PC jest ich garstka, nie licząc oczywiście platform typu Steam czy Origin). Niewykluczone, że w przyszłości nie włączymy konsoli czy nie nawet nie odpalimy Windowsa bez uprzedniej autentykacji z serwerami producenta. To nie film sci-fi tylko rzeczywistość, można to z powodzeniem już dziś wykorzystać! Najwyraźniej jeszcze się nas boją, jeszcze niewystarczająco naprodukowali fanboy'ów i niedostatecznie wytresowali klientów, aby ze spokojnym sumieniem przegonić wszystkie owce do strzyżenia ze starej zagrody...


Produkcja botów:

Czyli manipulacja słabszymi umysłami, za pomocą różnych, zmyślnych zabiegów marketingowych, która przywiązuje użytkownika do konkretnej marki - miłość wręcz na zabój... do przedmiotu, do firmy. Tak, mowa oczywiście o fanboy'ach, czyli zastępach wypranych z samodzielnego myślenia zbitek wyprostowanych zwojów mózgowych, gotowych bronić interesów nie swojej firmy za wszelką cenę. Nie chcę tutaj przytaczać przykładu Battlefielda EA z Call of Duty Activision, jeszcze ktoś mi gotów wypomnieć czasy Atari vs Commodore... Od gier oczekują oni jedynie dobrej grafiki i dużo Holywoodzkiej akcji, najlepiej - gwałcącej prawa fizyki. Niestety w dzisiejszych czasach to ta grupa jest główną klientelą i to głównie pod nią dostosowuje się gry.


Scena, warez-scena - o zgrozo i piractwo:

W opozycji do całego powyższego cyrku stoi tzw. scena. Grupa pasjonatów, często hakerów/crackerów (obecnie granica pomiędzy tymi pojęciami jest bardzo płynna), która manifestując swoją wiedzą, sprzeciwia się idiotycznym ograniczeniom nakładanym na klienta, który zapłacił fortunę za sprzęt i drugie tyle za gry. To dzięki nam (nam, ponieważ identyfikuję się z tymi "wywrotowcami" ;)) gracz dostaje w ręce narzędzia przywracające pełną kontrolę nad swoimi danymi, narzędzia które niejednym krzyżują plany biznesowe.

Pomimo szumnie zapowiadanego "człowieka informatycznego" w latach mojej młodości (polecam program: Sonda), w dzisiejszym świecie, szeroko pojętym IT mało kto się interesuje. Szczególnie przeciętny Kowalski - typowy konsument treści który na niczym się dobrze nie zna, a żadna z firm nie raczy go poinformować o poważnych wadach (również projektowych) swojego upośledzonego produktu - wszak nawet świnia nie sra do swojego koryta.

Więc nasz Kowalski - nie daj Bóg miły - fanboy, kupuje konsolę nie zdając sobie sprawy z tego, że:
  • Nie może wykonać kopii wszystkich swoich danych, kopia ograniczona jest do modelu konsoli na którym była wykonywana i/lub wymaga błogosławieństwa serwerów producenta.
  • Nie może swobodnie przenosić swojego konta na nieograniczoną ilość konsol.
  • Nie jest właścicielem swojej konsoli.
Niby drobiazgi, a jednak skutecznie odbierają poczucie własności i wolności na tym naszym binarnym poletku. Dodając do tego czarny, korporacyjny PR z tuby propagandowej producentów konsol i wydawców gier, przyrównujący gry używane i scenę do piractwa, armadę trolli którym nie zależy na np. save'ach i... wydanych pieniądzach rodziców, fanboy'ów którzy każdą wadę zamieniają w zaletę, zaklinając rzeczywistość, rysuje się bardzo nieciekawy, Orwellowski obraz rynku gier w przyszłości.


* * *


Nie wiem jak Wam, ale mi powoli przechodzi ochota na granie, a co za tym idzie i kupno gier - szczególnie pozabezpieczanych diabli wiedzą czym, z których ograniczeniami legalny użytkownik będzie się mordować, a pirat lekko machnie ręką odczekując kilka dni na stosownego cracka (na konsolach nieco dłużej). To jest wdzięczność za kupno oryginalnej gry! Gry kosztującej nieproporcjonalnie więcej w stosunku do jej wartości merytorycznej, powoli przestającej angażować szare komórki, stającej się typowym pochłaniaczem wolnego czasu który wykorzystujemy całkowicie bezproduktywnie - chyba śmiało można powiedzieć: marnujemy. Coraz częściej są to produkty, coraz rzadziej dzieła sztuki, niekompletne, czasowe (DRM, online/offline pass, vip kody), obwarowane absurdalnymi licencjami. Przyznam szczerze, że bardzo długi czas gry stanowiły dla mnie coś więcej niż tylko rozrywkę. Były dla mnie co prawda uboższym, ale paradoksalnie też ciekawszym światem do którego zawsze chętnie uciekałem. Obawiam się, że któregoś dnia, pazerność jegomości kalibru Koticka zmusi mnie do porzucenia tego hobby na rzecz innego - w świecie po tej stronie monitora, tego z większą ilością polygonów.


Przemysław „Berion” Boruc
17-IV-2012

Ten artykuł komentowano 37 razy. Zobacz komentarze.